WYDANIE listopad–grudzień | 6 (18) 2026
Wychowawca nie jest od wszystkiego
Wychowawca często wchodzi w swoją rolę z nastawieniem: „Jestem dla nich”, „Młodzi ludzie mnie potrzebują”. Rozmawia z uczniami, kontaktuje się z rodzicami, organizuje wycieczki, pomaga w rozwiązaniu konfliktów, pamięta o urodzinach swoich wychowanków, reaguje na problemy, tłumaczy, uspokaja, motywuje, czasem pociesza, a czasem upomina. Bywa pierwszą osobą, do której uczeń przychodzi, kiedy pokłóci się z kolegą. Reaguje, kiedy rodzic nie zgadza się z oceną i wspiera nauczycieli przedmiotów, kiedy potrzebują pomocy w sprawie danego ucznia. Problem zaczyna się wtedy, gdy wychowawca zaczyna wierzyć, że skoro pełni tę rolę, powinien umieć i móc rozwiązać wszystko, dlatego jedną z najważniejszych kompetencji współczesnego wychowawcy jest właśnie umiejętność powiedzenia: „To jest ważne, ale nie powinienem się tym zajmować sam”. Bycie asertywnym dzisiaj ma znaczenie nie tylko dla samego wychowawcy, ale jest przede wszystkim wychowawcze dla jego podopiecznych.
Stawianie granic nie oznacza obojętności
W szkole często boimy się stawiania granic, ponieważ mylimy je z brakiem zaangażowania czy z profesjonalizmem. Wychowawca, który mówi: „Nie mogę się tym teraz zająć”, może mieć wrażenie, że zawodzi ucznia, dyrektora albo rodzica. Wyobraźmy sobie uczennicę, która przychodzi do wychowawczyni i mówi, że od kilku tygodni bardzo źle się czuje, nie może spać i nie chce przychodzić do szkoły. Wychowawczyni może oczywiście z nią porozmawiać, wysłuchać, skontaktować się z rodzicami czy opiekunami prawnymi, by zadbać o jej bezpieczeństwo. Wychowawczyni nie powinna jednak stawać się jej terapeutką. Jej zadaniem nie jest prowadzenie terapii podczas przerwy między matematyką a językiem polskim. Może powiedzieć: „Dziękuję, że mi o tym powiedziałaś. To, co opisujesz, jest ważne. Chcę ci pomóc, ale potrzebujemy tutaj wsparcia osób, które mają kompetencje do zajęcia się takim problemem”. To nie jest umywanie rąk, tylko odpowiedzialność.
Szkoła jako usługa edukacyjna
Granice są szczególnie potrzebne w relacjach z rodzicami. Wychowawca może usłyszeć: „Proszę wpłynąć na syna”, „Niech pani porozmawia z jego kolegami”, „Proszę dopilnować, żeby córka przestała się stresować”, „Niech pani wyjaśni nauczycielowi, dlaczego ta ocena jest niesprawiedliwa”. W takich sytuacjach łatwo wpaść w pułapkę bycia szkolnym „centrum dowodzenia”. Rodzic zgłasza problem, a wychowawca natychmiast zaczyna działać. Tylko że po kilku tygodniach okazuje się, że bierze odpowiedzialność za rzeczy, na które nie ma pełnego wpływu. Znacznie zdrowszy jest komunikat: „Zastanówmy się, co możemy zrobić wspólnie. Ja mogę zrobić X, nauczyciel Y, a po stronie rodziny potrzebne będzie Z”. Przez tę drobną zmianę komunikatu rozkładamy równomiernie odpowiedzialność, nie dźwigamy wszystkiego na swoich barkach.
Ten artykuł jest dostępny dla prenumeratorów
Jeżeli masz prenumeratę
Zaloguj sięJeśli nie masz prenumeraty, wybierz odpowiedni dla Ciebie wariant i zamów, aby mieć dostęp do artykułów i strefy online.
Kup prenumeratęO autorze
Anna Konarzewska
Redaktor merytoryczna
Edukatorka, tutorka i polonistka. Kreatywna, pełna pasji i energii dyplomowana nauczycielka oraz wychowawczyni kilku pokoleń uczniów. Ambasadorka Wiosny Edukacji oraz Fundacji Kosmos dla dziewczynek. Finalistka Ogólnopolskiego Konkursu „Nauczyciel Roku 2021” oraz Nagrody im. Ireny Sendlerowej „Za naprawianie świata” w 2021 roku. Blogerka Być nauczycielem – strony, za pomocą której inspiruje pedagogów na całym świecie. Autorka książek Być (nie)zwykłym wychowawcą i (Nie) zwykłe spotkania wokół godzin wychowawczych.
Przeczytaj też:
